Dziś po raz pierwszy podjęliśmy się karkołomnego zadania - wyprania naszego pracza... Odwagi nam o dziwo nie brakowało (a co, ja jestem jego panem a nie on moim

). No i generalnie masakra :/ wyrywał się niesamowicie, woda gorsza od ognia, myślałem że sam z wanny nie wyjdzie - jakże bardzo w błędzie byłem !! Po ponownym umieszczeniu w wannie tylko zdecydowane trzymanie go pod pachy pozwalało utrzymać go w miarę na miejscu. Dało się zauważyć, iż było to traumatyczne przeżycie dla niego (kupa i siku w wannie). Pomimo ran gryzionych i szarpanych (oczywiście na naszych rękach ;p) udało się go wymyć i wysuszyć (w miarę) ręcznikiem. Teraz bawi się z Anetą i jakby zapomniał o całej sprawie, choć niewątpliwie mamy nadzieję iż następne pranie pracza będzie trochę mniej kłopotliwe

Podsumowanie bitwy:
dla nas:
* czysty szop
* kupa zrobiona nie na parkiecie
* wie, że się go nie boimy
dla niego:
* zadrapania na naszych rękach
3:1 - nie jest źle
